„Ponoć greccy bogowie stworzyli ludzi, bo im się nudziło. Nadal się nudzili, więc wynaleźli miłość. Nuda minęła. Sami spróbowali więc zakosztować miłości. W końcu wynaleźli śmiech… żeby mogli ją wytrzymać”. Robert Benton postanowił zaś opowiedzieć o miłości i stworzył komedię romantyczną zatytułowaną „Smaki miłości”.
Głównym bohaterem filmu jest pisarz, Harry Stevenson. Z racji wieku odgrywa rolę lokalnego mędrca i powiernika dla grupki mieszkańców Portland. To właśnie jego oczami obserwujemy losy kilkorga bohaterów, przeplatające się w klimatycznej kawiarence. Jej właściciel, Bradley, jest sympatycznym facetem, który niewłaściwie lokuje swoje uczucia. Pierwsza żona, Kathryn, zostawia go dla innej kobiety, druga, Diane – dla dawnego kochanka.
W kawiarni rodzi się też uczucie pomiędzy parą pracowników – Chloe i Oskarem. Ta historia ma jednak inny smak. Słodycz pierwszej fascynacji przechodzi z czasem w gorycz problemów wspólnej przyszłości. Smakujemy też szlachetnej miłości Harry’ego i jego żony Ester, granych przez Morgana Freemana i Jane Alexander. Ich kilkudziesięcioletni związek to mieszanka wykwintności, dojrzałości oraz cierpkiego posmaku rodzinnej tragedii – śmierci syna.
Robert Benton, znany z takich filmów, jak „Bonnie i Clyde”, „Sprawa Kramerów” czy „Piętno”, tym razem zdecydował się na ekranizację książki Charlesa Baxtera. Ta historia – jak sam mówi – zachwyciła go „totalnością w ujmowaniu miłości”. Autor sugeruje, że w życiu nie istnieje nic ważniejszego, czemu reżyser skrzętnie przytakuje. „Smaki miłości” nie roszczą sobie prawa do głębokiego zamysłu nad istotą naszych życiowych perypetii i wyborów. Są prostą opowieścią o różnorodności uczucia. Skrywają przy tym treści, których nie sposób pominąć.
Film ukazuje wiele odmiennych form miłości – od młodzieńczej fascynacji, przez rodzicielską czułość, po dojrzały związek małżeński. Odnoszę jednak wrażenie, że w większości przypadków miłość dla Bentona jest utożsamiana ze stanem zakochania lub zwyczajnie – namiętności. Przetrwają te związki, które czerpią największą satysfakcję z seksualności. Dwukrotnie zdradzony Bradley przegrywa nie jako partner życiowy, ale jako kochanek. Sam Harry, podeszły już w latach, przygląda się młodzieńczym żądzom, a potem opowiada o nich żonie. Pewnej nocy, nie mogąc zasnąć, wyrusza pospacerować. Gdy wchodzi na teren stadionu, spostrzega parę uprawiającą seks. Pozostaje chwilę dłużej, by popatrzeć. Kamera pozostawia kochanków samym sobie i unosi się ku rozgwieżdżonemu niebu. U Bentona wierność czy uczciwość są zawsze wtórne wobec namiętności. Nie mogą bez niej funkcjonować. Nawet doświadczony życiowo Harry pozostaje pokorny wobec tej siły. Pomimo dostrzegania pierwszych symptomów przyszłej zdrady nie ingeruje w związki Bradleya. Widzi, rozumie i trwa w pokoju.
„Smaki miłości”, zarówno tytułem jak i sposobem przedstawienia historii, doskonale wpisują się w konwencję gatunku. Jak większość podobnych amerykańskich produkcji odnoszą się bardziej do naszych zmysłów niż uczuć. W rezultacie nie wnoszą nic nowego. Otrzymujemy kolejną, mało przekonującą opowieść o związkach i życiu, podaną w przesłodzonej formie. Jaki smak czujemy zatem po seansie najnowszego filmu Bentona? Mdławo-słodki z lekką nutką pikantności. Jeśli nie zemdli, posmakuje.
Autor Ewa Stusińska


Grudzień 8th, 2007 14:52
Cóż… Nie zgadzam się z autorką recenzji. Brakuje mi nawiązania do książki, na podstawie której film został stworzony, brakuje mi słowa o grze aktorskiej. Zdecydowanie za dużo zdradzania fabuły…
Od siebie powiem tylko jedno: Była jedna scena w tym filmie w którym cała widownia zamarła – trwało to dobre kilkanaście sekund, można się było wczuć w to wspólne milczenie… Dla mnie to było niesamowite doświadczenie.
Film jako całość? Wyszłam zadowolona i nie zemdlona
Uważam że powinno być więcej takich “amerykańskich” produkcji…