
Zastanawiałem się ostatnio czy będę w stanie utrzymywać mordercze tempo pisania, którego może nie narzuciłem sobie z własnej woli, ale które w pewnym sensie ni stąd, ni zowąd pojawiło się i nie ma innej rady, jak tylko je utrzymać;)). Żałuję tylko, że żadna z tych “mądrych” głów, będących na garnuszku amerykańskiego rządu nie wynalazła jeszcze takiego programu, który automatycznie zapisywałby to co jednostka w danej chwili pomyślała, razem ze wszystkimi towarzyszącymi temu zdarzeniu emocjami. Jakież byłoby to dla mnie pomocne, wręcz nie mogę sobie tego wyobrazić. Pozwoliłoby bez wątpienia uchwycić najlepiej wszystko, co w danej chwili odczuwałem i nie byłoby to podatne na czas, ktorego destrukcyjna natura sprawia, że wiele rzeczy ulega zatarciu i nie da się ich odwzorować ze 100-procentową dokładnością. No i oczywiście dzięki temu ustrzegłbym się przed zgubnym działaniem zdradzieckiej fantazji, która powoduje, że czasem wodze wyobraźni niespokojnie szarpią w moich dłoniach kiedy konie natchnienia z całych sił prą do przodu, przed siebie, w nieznane… Bez wątpienia byłoby to znaczne uławienie oszczędzające przede wszystkim czas, bo tego jak zawsze mało. Kiedyś jakaś niewątpliwie inteligentana niewiasta przytoczyła mi kiedyś treść starego porzekadła głoszącego, że ludzie zazwyczaj narzekają na coś czego mają najwięcej. Zatem, żeby się nie zdradzić przed nikim, że taką rzeczą może być w moim przypadku czas, nie znajdziecie już więcej żadnego słowa w tym temacie:)))). Ale chciałbym za to zwrócić tutaj uwagę na pewną bardzo istotną kwestię – żeby mieć co opisywać trzeba działać, a to pochłania czas, im więcej rzeczy się dzieje, tym więcej czasu upływa. W związku z tym mniej zostaje na pisanie. Taka moja kiepska wymówka:P.
(Sobota 30.09) Sobota miała przynieść kilka atrakcji w postaci dalszego zwiedzania Porto, ostatniego decydującego dnia w walce z sudoku i wieczorku towarzyskim w naszych skromnych progach, na który została zaproszona koleżanka Agnieszka:).
Umowiliśmy się z Beatą i Robertem, że najpóźniej o 11 pojedziemy zwiedzać, ponieważ wiedzieli, że ja niczym innym nie żyję ostatnimi czasy, jak nieustanną walką z sudoku i przed 15 muszę się stawić w wiadomym miejscu;)). No i jak zwykle “poranne” plany wzięły w łeb, bo obudziliśmy się o 11:]]]. Ja nie wiem, co się ze mną dzieje w tej Portugalii. W domu to normalnie wstawałem o 8,9 w zależności, jak atrakcyjny wydawał się dzień, ale to było maksimum. Poza tym przyjechałem z mocnym postanowieniem wczesnego wstawania, a tu taka niespodzianka!:)). Może to byłoby usprawiedliwione, gdybym na przykład kładł się spać o godzinie 3 lub 4, ale nic takiego nie ma miejsca. Granica, której staram się nie przekraczać to 1 w nocy, do której zazwyczaj dobijam pisząc raporty;)). Więc chyba ten klimat tutaj jest wprost wymarzony dla ludzi cierpiących na zaburzenia snu. Człowiek się kładzie, a potem się budzi się świeży, wypoczęty i pełen wszechogarniającej radości. Taki jest właśnie styl bycia mieszkańców Portugalii:)).
Na szczęście udało nam się sprężyć i wyjechać o 12 na zwiedzanie terenów w pobliżu rzeki Douro, które znajdują się jeszcze po stronie Porto:). Ostatnimi czasy najwięcej zabawy dostarcza nam znalezienie miesjca do zaparkowania, więc zdziwiliśmy się, że udało nam się stosunkowo łatwo trafić na ulicę, która nie była cała zastawiona samochodami. Zmierzjąc we wcześniej obranym kierunku pomogliśmy biednej kobiecie samotnie pchającej samochód kierowany przez małżonka, za co spotkały nas słowa podziękowania, a że nie wiedzieliśmy jak odpowiedzieć (teraz już wiemy;)) to powiedziała do nas pani po angielsku i z tego co zrozumiałem to rzekła coś w stylu – “powiemy o was w radiu”. Jak tak dalej pójdzie będziemy musieli przygotować jakieś zdjęcia albo kartki, żeby rozdawać autografy:P. Śmiejąc się z całej sytuacji dotarliśmy do samej rzeki i zaczęliśmy iść wzdłuż niej. Piękne widoki zostały oczywiście utrwalone na bardziej odpornych na czas nośnikach niż moja pamięć;)). Rzeka, o której Andre mówił, że jest nie jest tak zanieczyszczona, jak ta przepływająca przez Lizbonę, okazała się ciekawym zjawiskiem. Spodziewałem się, że zobaczę jakieś śmieci pływające po niej albo co najmniej dziwny jej kolor. Nic takiego:)). W pewnym momencie było zejście po równi pochyłej na barkę, na której znajdowała się knajpka. Postanowiłem sięgnąć wzrokiem troszkę dalej w miejsce, w którym owa sterta kamieni zanurzała się w wodzie. Z początku mój mózg odebrał obraz zielonych glonów pływających przy samej powierzchni. Przyznam się szczerze, że właśnie tego się spodziewałem i najprawdopodobniej mój umysł świadomie zwizualizował właśnie te glony. Logicznie patrząc byłoby rzeczą normalną, gdyby się tam pojawiły, ponieważ między kamieniami w wodzie miałyby idealne warunki, żeby się rozwinać i przykryć dość szczelnie powierzchnię wody. Zatem ku mojemu zdziwieniu ujrzałem, nie glony, ale całą masę ryb, z których najmniejsza miała długość ręki młodego mężczyzny od łokcia do nadgarstka. Ach… byłoby co jeść na obiad…:P. Pierwsze co mi przyszło do głowy w tym momencie to, że właściciel tej barki musi wrzucać tam jakieś jedzenie, żeby one przypływały, a potem je tylko łapią i mają świeże ryby na każde zawołanie:P. Okazało się jednak, że te ryby są wszędzie, dosłownie wszędzie! – niemalże wzdłuż całego brzegu, którym szliśmy. Następnie zafundowaliśmy sobie wycieczkę pod całkiem stromą górkę, a widoki, które mieliśmy sprawiały, że czuliśmy się jak w Rio de Janeiro, a dokładnie w tamtejszych slumsach. Małe, wąskie uliczki, obdrapane domy, wszechogarniająca bieda i jakaś taka atmosfera senności. Poza tym wszędzie pełno kotów, cała masa!:))). Co do tych domów, to niektóre miały otwarte drzwi i jedno ukradkowe spojrzenie potwierdzało jedynie wcześniejszcze przypuszczenia. W niektórych “posesjach” na przykład kuchnia służyła nie tylko do przygotowywania posiłków, ale była także sklepem odzieżowym, w którym wieszaki znajdowały się między garnkami. Dodatkowo pokoje były bez farby na ścianach albo strasznie obdrapane tak, jak te na zewnątrz. Przykry widok…:/. Krążyliśmy tymi uliczkami przez dobrą godzinę – w pewnych momentach z duszą na ramieniu, jak na horyzoncie pojawiali się jacyś brudni, zarośnięci i w dziurawym ubraniu mężczyźni. Na szczęście nikt nie był na tyle odważny żeby się zbliżyć. Możliwie, że zawdzięczamy to Maszy albo po prostu nie było się czym przejmować nawet:P. Część zwiedzająca skończyła się zatem koło godziny 14. Udaliśmy się do samochodu, a następnie znaną sobie tylko drogą – do domu:).
W sobotę mieliśmy też sprawdzić inne kursy portugalskiego, które dzięki Bogu miały być darmowe i powiem szczerze, że wiązaliśmy z nimi duże nadzieje. Wszystko oczywiście dzięki polskiej ambasadzie w Lizbonie, która na moje uprzejme zapytanie o dostępność kursów w Portugalii odpisała równie uprzejmym listem, w którym zamieszczone zostały pożądane adresy:). Jak widać na obczyźnie jakoś ta Polska funkcjonuje:PP. Po wcześniejszym telefonie w ciągu tygodnia dostaliśmy zaproszenie na sobotę na godzinę 18. Zatem Beata z Robertem mieli na pewno jechać, a moja obecność zależała od powodzenia w rundzie 2 sudoku;)).
Jeśli już o sudoku mowa, to sprawy się potoczyły następująco:). Przyszedłem odrobinę wcześniej, aby rozegrać jeszcze level 1, ponieważ poprzedniego dnia tego nie uczyniłem. Była to tylko czysta formalność, po zakończeniu której nastąpiły darmowe lekcje portugalskiego z paniami z obsługi:). Dowiedziałem się kilku ciekawych czasowników i w zamian wyciągnąłem książkę napisaną w języku polskim i dałem jednej z nich do przeczytania, ponieważ zawsze się zastanawiałem, jak dla Portugalczyka bądź Portugalki brzmi portugalski kaleczony przez Polaka i odwrotna sytuacja. Strasznie komicznie musi wyglądać sytuacja, w której używam języka portugalskiego, bo ja śmiałem się do łez, kiedy Mariza czytała fragment “Szkarłatnego płatka i białego”:)))). Z tego całego śmiechu nie mogłem się odpowiednio skupić na tym co robię i nie udało się zakwalifikować do finału:/. Wszystko oczywiście zostało dobrze skalkulowane, ponieważ chcąc zapisać się w pamięci wszystkich potrzebowałem jakiegoś sepktakularnego sukcesu. Gdybym tak wygrywał wszystko bez problemów to jedynie w przypadku porażki ludzie mogliby mówić coś na kształt – “o jaka szkoda, on był taki dobry, a jednak mu się nie udało; zanosiło się na jego sukces, ale byli lepsi”, itp.:))). A tak hazardziści mogliby nieźle zarobić u bukmacherów obstawiając mój tryumf w finale, ponieważ jego raczej nikt się nie spodziewał:)))). Najlepsza z możliwych dróg to sławy – od zera do milionera:P.
Przeszedłem się jeszcze na uniwersytet z nadzieją, że będzie otwarta sala komputerowa, ale pojawił się jakiś nowy ochroniarz, coś na kształt detektywa Rutkowskiego i nie chciał mnie przepuścić dalej bez zapytania o cel mojej wizyty. Na moje słowa, jakobym nie umiał mówić po portugalsku zareagował ukrytym zdziwieniem, które poznałem jedynie dzięki wnikliwej obserwacji mięsni na jego twarzy i ujrzałem nieznacznie podniesioną brew:)). Zapytał czy idę na internet, to mu odpowiedziałem – tak. Kazał mi się wpisać do księgi odwiedzających (zdarzyło mi się to pierwszy raz) i zaprowadził do sali komputerowej, włączył komputer, a na na moje zapewnienia, że nie mam jeszcze założonego konta, pozostawał głuchy:). No i uruchomił się komputer i oczywiście trzeba było wpisać login i hasło, no i siedziałem jak ten kołek i czekałem, aż przyjdzie, bo bałem się że każde opuszczenie stanowiska uznane będzie za dezercję:))). Przyszedł po chwili, zobaczył, że siedzę z tępym wzrokiem wbitym w monitor i kazał mi wpisać odpowiednie liczby i hasło. Zacząłem mu tłumaczyć, że doktor Elsa i Susana nie dały mi jeszcze hasła. Obok mnie siedział jakiś chłopak nie czuly na moje nieszczęście i dopiero potem okazało się, że jednak zna trochę angielski i po chwili rozmowy z ochroniarzem, wpisał jakieś tylko sobie znane konto i komputer zadziałał:))))). Nie zabawiłem tam długo, ponieważ w zaistniałej sytuacji stwierdziłem, że pojadę z Beatą i Robertem. Zapomniałem wpisać do księgi godzinę, o której opusciłem stanowisko – na szczęście następnego dnia nie spotkała mnie reprymenda:P.
Przychodzę do domu o 17 i co się okazuje, że Beatka z Robertem nie jadą, bo nie mogą znaleźć podanego adresu na mapie, nawet mojej – z indeksem ulic. Niedobrze. “Czas zatem wziąć sprawy w swoje drobne ręce” powiedział mi jakiś tylko dla mnie słyszalny głos i posłuchałem. Po drodze zaobserwowałem naszego innego sąsiada, który wraz z małżonką siedział w swoim fantastycznym białym samochodzie. Samochód ten to prawdziwy rarytas, coś na kształt Forda Mustanga i w sumie dzięki niemu poznaliśmy właśnie naszych sąsiadów. Było to tego pewnego wieczoru kiedy przyszedł i poprosił o przestawianie samochodu Roberta, ponieważ nie mógł wjechać do garażu:))). Od tamtej pory mamy z nim największy kontakt werbalny szczególnie wtedy, gdy mijamy się rano, popołudniu lub wieczorem i wymieniamy grzecznościowe powitania:). Ale to oczywiście buduje pewną więź:PP. Stanowią oni bardzo osobliwą parę. Często zdarza się, że siedzą sobie w tym samochodzie po kilka godzin, rozmawiają, jedzą, czytają, a nawet szydełkują:D. Wydaje mi się, że mają raczej w domu salon, w którym mogliby to wszystko robić, zatem przyczyna leży jest gdzieś głębiej:P. No więc siedzieli w tym samochodzie, to stwierdziłem, że warto w takim razie wykorzystać daną przez los szansę:P. Podszedłem, ukłoniłem się grzecznie i zapytałem, gdzie znajduje się Rua Arcediego de Van Zeller. Oni też wyglądali na niezbyt pewnych i pokazywali mi Rua dos Vanzeleros, która wydawala im się właściwą biorąc pod uwagę moją niewiedzę, na przykład:). Ale ja miałem czarno na białym napisaną inną:). Wymagało to zatem trochę większej ilości czasu niż się wszystkim, włącznie ze mną, wydawało i z wnętrza samochodu przenieśliśmy się na jego piękną, kremową maskę:P. W tamtym miejscu rozgrywała się burza mózgów. Niewiele brakowało, aby nad naszymi głowami pojawiła się prawdziwa burza, którą mógł poprzedzić deszcz, który w tamtym momencie zaczął padać. W międzyczasie żona (nie znam jeszcze ich imion:/) pobiegła do sąsiadki (której mąż ostatnio był z nami na 3-godzinnej przejeżdżce po urzędach) i wróciły we dwie prowadząc ze sobą syna do pomocy. Jednak oni też nie wiedzieli, gdzie znajduje się pożądana przez nas lokalizacja i postanowiono wezwać kolejne posiłki:)). Oni są niesamowici po prostu, bałem się nawet, że zaraz pojawi się każdy mieszkaniec naszej ulicy próbując nam pokazać na mapie, gdzie znajduje się szukana ulica:)). Z tego, co zrozumiałem, mają zadzwonić do chłopaka, który mieszka niedaleko i zna angielski, żeby się jakoś porozumieć:)). Więc na kilka chwil nastąpilo rozprzężenie szeregów, które wykorzystałem, aby zdobyć więcej informacji, które później okazały się wręcz nadzwyczaj potrzebne. Wróciwszy zaopatrzony w nowe dane i pokazując moim informatorom, że chodzi o jakiś dom parafialny (tak wynikało z tekstu, który miałem podany:)), a konkretnie sekretariat ds. migracji i turystyki – o ile nie jestem w błędzie. Gdy tylko zobaczyli te nazwy chyba już wszystko dla nich stało się jasne:PP. Dowiedzieliśmy się, że nasz sąsiad pojedzie swoim samochodem, żeby pokazać nam drogę, a my będziemy podążać za nim do celu:)). Powiedziałem, muito bem i popędziłem do domu, żeby oznajmić Beacie i Robertowi, że mogą się szykować do odjazdu po pan właśnie zamyka swój dom i czeka na nas. Wpadam rozentuzjazmowany, a w domu emocjonalna próżnia – ktoś wyssał wszyskie pozytywne odczucia, a z B&R tak, jakby zeszło powietrze i siedzieli zniechęcieni w fotelu i mówili, że nie ma po co jechać, bo oni nie wiedzą czy to dobry adres, czy to tam, ciasto jeszcze jest w piekarniku i trzeba będzie za kilka minut wyjąć i jeszcze tysiąc wymówek, których sponsorem było słowo “nie”. Ludzie małej wiary:P. Moja wrodzona (nie, nie skromność:P) umiejętność motywacji dała o sobie znać i już po 5 minutach siedzieli w samochodzie i jechali za sąsiadem:))). W tym czasie ja, żeby nie marnować czasu włączyłem telewizor i po kilku minutach walki z anteną udało mi się ustawić przyzwoitą jakość obrazu. Zacząłem zatem oglądać film z Jackie Chanem i Owenem Wilsonem, który na szczęście dla mnie puszczony był po angielsku, a na dole pokazywały się portugalskie napisy. Oglądając w ten sposób udało mi się wyłapać słowa, zwroty, które ze skrupulatnością księgowego zapisywałem sobie w zeszycie:))). Po 1,5 h od wyjazdu w nieznane moich współlokatorów usłyszałem dzwonek do drzwi i mysląc, że to oni otwieram drzwi bez koszulki, a… tam sąsiad:))). Przyszedł był powiedzieć, że wszystko jest OK i udało się im zajechać tam i załatwić wszystko. Super!! Zastanawiałem się czemu jednak jeszcze ich nie ma – czy może już rozpoczęły się 1 zajęcia czy może tak długo trwa załatwianie spraw. Okazało się, że powodem ich zwłoki była ta 2 przyczyna:)).
Gdy tylko się pojawili, porwałem Roberta, który wziął Maszę na spacer i udaliśmy się po Agnieszkę. Najśmieszniejsze jest to, że my wiedzieliśmy gdzie ona mieszka, natomiast ona nie miała zielonego pojęcia o miejscu naszego zamieszkania:))). No i wtedy też zobaczyłem na własne oczy mieszkanie, o które było tyle zamieszania i przez które zyskaliśmy sobie miano złych Polaków:))). Pierwsze skojarzenia z mieszkaniem baaaardzo pozytywne – duży salon, telewizor z 30 kanałami, ładnie wykończone, rozmiarowo jednak mniejsze od naszego domku. Osobiście więc uważam, że nie ma czego żałować – na mecze albo jakieś fajne filmy zawsze można się wprosić – no worries
). Po drodze Agnieszka wstąpiła do sklepu, ponieważ nie chciała przychodzić “w gości” z pustymi rękoma. No ja się jej nie dziwię:)). Tematy rozmów przy szarlotce, ciastkach i winie były różne, różniste. Od spraw osobistych, poprzez nieczułość uniwersytetu do dwulicowości Portugalczyków. Po wnikiwej analizie maili na komputerach Beaty i Agnieszki wydedukowaliśmy, że ludzie, którzy wynajmują tej ostatniej mieszkanie prowadzili co najmniej 2 negocjacje jednocześnie. W momentach, w których notowany był brak aktywności na linii landlady-Beata, dało się zauważyć wzmożoną aktywność na łączach landlady-Agnieszka. Tacy to przedsiębiorczy są niektórzy ludzi w Portugalii. Nawet, gdybyśmy się z nią umówili, że weźmiemy to mieszkanie to nie mielibyśmy pewności, że w czasie, który został do naszego przyjazdu ona nie znalazłaby sobie innych lokatorów
. Gdy nam Agnieszka zaczęła opowiadać o jej uniwersytecie podczas studiowania w Berlinie to od tego momentu powoli zaczyna we mnie kiełkować ziarenko mówiące, że studiowanie tam nie byłoby wcale takie złe:)). Oto dlaczego – mieszkanie (w centrum) 150 euro, nauka języków – hiszpański, angielski, niemiecki, rosyjski, francuski, itd, za darmo, wszystko za darmo, poza tym wiele innych udogodnień. U nas to skandal, jeden wielki:)). Dla ludzi o słabych nerwach to nie polecałbym uczelni mojej. Najdobitniej o wspaniałomyślności Portucalense świadczy fakt, że w odpowiedzi na wiele zapytań Agnieszki o mieszkania i tym podobne rzeczy w Porto, pani profesor Carvalho napisała jej – “maybe you should think about going to other university”. Bajka!:))). Zapomniałem wspomnieć, że Agnieszka studiuje w Poznaniu i tak naprawdę to jest pionierem ze swojej uczelni – nikt przed nią nie był w Porto i może nikt po niej też nie będzie:)))). Czas płynął nieubłagalnie i zanim się obejrzeliśmy była już 24 i trzeba było powoli myśleć o odpoczynku przed jak dotąd najważniejszym dniem w Porto:)))
(Niedziela 1.10) Zmusiłem się resztkami wolnej woli, żeby wstać o 7:30 i udać się wcześnie rano na wydział w celu wspierania moich graczy w zmaganiach z liderem. Poza tym mecz rozgrywał się u mnie na stadionie, więc jak na dobrego prezesa trzeba było ugościć szanownego kolegę Pawła i zabawiać go przez pełne 105 minut:))). Przyszedłem o 8:30 pod uniwerek, a tam wszystko szczelnie pozamykane – do tej pory brzmią mi w głowie echa głosu Sergio mówiącego, że uniwerek jest 24 h na dobę otwarty, hmmm może ten obok:)). Postanowiłem zatem połączyć się z internetem siedząc gdzieś, jak najbliżej ściany i w ten sposób złapać sieć. Taaa, wszystko byłoby pięknie gdyby na zewnątrz jakiś dobry człowiek umieścił gniazdka z prądem, ewentualnie jedno, ale tam gdzie siedziałem, bo baterii miałem tylko na 8 minut, hooorey;)). O 9 zobaczyłem mojego “nadgorliwego” ochroniarza i wpuścił mnie elegancko do środka, słowem nie wpomniał o mojej wczorajszej dezercji i pokazał gdzie znajduje się miejsce z wireless’em;). Gdy już się rozsiadłem wygodnie w drewnianym krzesełku przyszedł i pytał o proxy i adres, a ja go zaskoczyłem i powiedziałem, że wiem:). W sumie to bardzo miło z jego strony, bo nikt inny nawet nie pokwapił się nigdy, żeby o tym poinformować:].
Co do meczu to był to prawdziwy dreszczowiec. Zakończył się wynikiem 5-5 i pomimo, że kolejny raz nie udało mi się z nim wygrać to i tak czuję rozpierającą mnie dumę – remis z liderem nigdy hańby nie przynosi – potem ponowię pewnie te słowa tylko w innym znaczeniu:)). Tak więc hattrick z rana załatwiony, można sobie nie zaplątać już nim głowy;)).
Szybki obiad w domu, a następnie szybkie ubranie, aby zdążyć wyjść z Beatą i Robertem, którzy zgodzili się mnie podrzucić w rejony centrum handlowego znajdującego się na trasie ich wyprawy turystycznej. Ubrałem się, jak na czarnego konia turnieju przystało – na czarno:). Wszyscy się śmiali, jak im mówiłem, że założyłem taki strój, ponieważ dobrze będę wyglądać, podczas udzielania wywiadów po zgarnięciu głównej nagrody:). Przyszedłem trochę wcześniej niż trzeba było, ale i tak rozpoczęło się później niż o planowanej 13:30, ponieważ organizatorzy czekali na komplet 24 osób biorących udział w kwalifikacjach przedfinałowych. Reguły proste – rozwiązujemy puzzle z 3 poziomu, przejść może 14 osób, więc nawet w przypadku nie ukończenia gry możliwe jest przejście dalej. W międzyczasie dowiedziałem się trochę o ludziach, którzy będą grać w finale – jedna dziewczyna mająca 14 lat w ostatnim finale sudoku zajęła 2 miejsce – świetnie, pewnie rodzice dawali jej diagramy do rozwiązywania od momentu, w którym się urodziła:))). Tym sposobem wyszło na jaw, że jest to 7 turniej w tym roku. Co do małolaty to podpatrzyłem ją trochę, jak grała i rzeczywiście była bardzo szybka. Chwilę później pojawił się Fernando, dzieki czemu miałem z kim rozmawiać:). Wybiła odpowiednia godzina i zaczęliśmy grę. Standardowo, bez zaryzykowania nie udałoby się rozwiązać diagramu, a że mam taki problem, że w momencie kiedy to zrobię i się nie uda, to nie pamiętam, które liczby były na właściwych miejscach, a które nie :\\. No i zrobiłem puzzle po 10 minutach i zobaczyłem, że są rozwiązane źle, ale zamiast skasować nawet całe to przeczesywałem planszę w poszukiwaniu błędu – głupota:). Liczyłem na to, że może tylko kilka cyfr jest na niewłaściwych miejsach. W sumie to mogłem już w tamtym momencie zakończyć, ponieważ nie udało mi się nic znaleźć, a siedziałem tylko przez 15 minut i w końcu mój przeciwnik zakończył. Okazło się, że miałem 28 błędów, czyli mniej niż 1/3. Szczerze nie wierzyłem, że mam jakieś szanse przejść dalej szczególnie, że Fernando i jego kolega ukończyli, mój przeciwnik też i wiele innych osób:). Pomyślałem, że nawet jak nie uda mi się przejść do finału to i tak zostanę pooglądać zmagania moich przyjaciół, ponieważ chciałem ich wesprzeć, a poza tym strasznie padał deszcz na dworze:P. Ze względu na to, że miało grać 24 osoby, zatem zajęło to 1,5 h i po tym czasie ogłoszono wyniki kwalifikiacji. Jest! Udało się zakwalifikować!!:). Ogłosili kilkanaście minut przerwy, ponieważ czekali tym razem na pozostałych 10 finalistów, którzy już wcześniej zapewnili sobie start w finale. Poszliśmy zatem we czwórkę (Fernando, jego kolega z dziewczyną i ja) na górę pooglądać jakieś mecze, które w tym czasie leciały w telewizji. Tam też wymieniliśmy się numerami z Fernando i umówiliśmy się, że jak będzie jechać z kolegami grać w piłkę to da mi znać i zabiorę się z nimi. Al’right!:)).
Przyszedł czas na finał (pojawił się też Paulo;)) i takie były zasady: zaczynamy od poziomu 3 i przechodzi do następnej rundy 16 osob, czyli 8 musiało zakończyć swoją przygodę na tamtym etapie. Przed rozpoczęciem gry, rozmawiałem z Paulo i powiedziałem mu, że jak tylko usiądziemy na zielonym albo na niebieskim krzesełku to przejdziemy dalej:)). “Lezloo” (potem się dowiedziałem, dlaczego ludzie wymawiają moje imię “Lezloo”. Otóż w słowie Leslaw, końcowe 3 litery tworzą słowo w języku angielskim wymawiane “loo” i dlatego wszystkim się wydaje, że w dobrym tonie jest do mnie mówić “Lezloo”:))) został posadzony na zielonym krzesełku więc los może się do mnie uśmiechnął, a może nie, ale na pewno zyskałem trochę pewności siebie:)). Usiadłem, założyłem słuchawki, wziąłem 3 głębokie wdechy wraz z wydechami, żeby uspokoić bijące coraz szybciej serce… i ruszyli!:). Skończyłem 1 (yeah!), a zaryzykowałem wreszcie dobrze i tym samym się udało:)). Następnie patrzyłem na zmagania Paulo, które grał z Fernando (jego planszy nie widziałem), no i kolegi Fernando, który grał obok mnie. Jemu udało się ułożyć puzzle, ale popełnil gdzieś błąd i nie udało mu się znaleźć – na szczęście popełnił niewiele błędów, więc nadal miał szanse na 2 rundę. W 3 turach 1 rundy było tylko 7 zwycięzców, więc reszta osób zakwalifikowała się biorąc pod uwagę błędy. Niestety Fernando i Paulo nie znaleźli się wśród szczęśliwców:/.
Żadnej przerwy między kolejną rundą i już musiałem sie umiejscowić na pomarańczowym krzesełki i walczyć z przeciwnikiem grając level 1. Nerwówka, 7 minut na zrobienie sudoku i to w ekspresowym tempie:). Mózg wtedy pracuje na innych obrotach niż normalnie:)). Robię, nie myślę nad tym co robię, odruchowo zaznaczam cyfry i… błąd. Crap! Wymazałem jakąś część, która wydawała mi się najbardziej prawdopodobnie niepoprawna i już, już miałem w garści zwycięstwo, kiedy brutalnie wyszarpnął mi je mój przeciwnik naciskając klawisz “s”. Ech… Trochę zrezygnowany rozsiadłem się w fotelu i zaczynałem myśleć nad tym, że ta pomyłka mnie drogo kosztowała. Z rozmyślań wyrwał mnie głos Marizy, która krzyknęła na mnie, żebym kończył puzzle, bo niewiele czasu zostało! Rzeczywiście, nie zauważyłem, że mój licznik żyje, co świadczyło tylko i wyłącznie o tym, że przeciwnik się pomylił!!! Moja szczęśliwa gwiazda nie świeciła chyba tak jasno od niepamiętnych czasów:P. Wykorzystałem dany mi czas, aby na spokojnie skończyć i poszukać możliwych błędów, których na szczęście nie było. Ufff, jestem w następnej rundzie:))). Czekając na to, aż pozostali ukończą swoje gry przyglądałem się “tragedii” jaka przydarzyła się mojemu sąsiadowi po prawej. Otóż w tym całym szaleństwie zapomniał wstawić 1 (słownie: JEDNĄ) cyfrę i dziękujemy:))). Ech, chyba zabrałem mu trochę jego szczęścia (on skończył wcześniej niż mój przeciwnik). Strasznie się z tego razem z nim śmiałem:))). Potem jak już wszyscy skończyli i można było wreszcie opuścić stanowiska zobaczyłem co też mój przeciwnik wykombinował. Oczom nie wierzyłem i nie mogę do tej pory zrozumieć, jak można było pomylić się wstawiając dwie te same cyfry w tym samym kwadracie. Oczywiście to była jego jedna, jedyna pomyłka, więc nie wiem komu powinienem podziękować za podarowanie mi w prezencie 3 rundy:)). To był bez wątpienia najtrudniejszy etap ze wszystkich etap:). Kolega Fernando nie przeszedł niestety tej rozgrywki, zatem byłem naszym reprezentantem w kolejnej rundzie, ale miałem na szczęście 4 osobową grupę wsparcia:). Po drugiej rundzie wszyscy w niej uczestniczący dostali w nagrodę książki i strzeliliśmy sobie pamiątkową fotkę:).
Runda 3 już od samego początku zapowiadała się na bardzo emocjonującą, szczególnie, że za przeciwniczkę miałem 14-letnią boginię sudoku;). Na szczęście siedzieliśmy na zielonym krzesełku, więc były jakieś szanse, chociaż nie wiem czy ona nie trzymała w rękawie jakiegoś asa:). Tym razem mieliśmy 12 minut na rozwiązanie puzzli z levelu 2. Do mojej standardowej rozgrzewki przed rozwiązywaniem włączyłem już na stałe 3 głębkowie wdechy i wydechy. Wybrałem program “standardowa rozgrzewka”, odpaliłem i od razu poczułem się lepiej, jak więcej powietrza trafiło do moich płuc, a do mózgu krew ze świeżym pokarmem w postaci tlenu, ktorego tak bardzo ów potrzebował (z biologii byłem zawsze słaby, więc mogło tutaj nastąpić jakieś bardzo istotne przekłamanie, ale mam nadzieję, że nie, bo to byłaby katastrofa:))). Od samego początku zdawałem się wiedzieć co mam robić, byłem jak Tommy Lee Jones w “Ściaganym”, mojej uwadze nie umknął żaden szczegół, wszystko szło wprost idealnie, aż… aż do samego końca:PPP. Skończyłem pierwszy! Czekając aż przyjdzie Mariza i wprowadzi tajny kod, który powie czy udało mi się przejść dalej czy nie, odwróciłem swój wzrok do przyjaciół i zapytałem ich czy mam szasnę. Uniesione w górę kciuki mogły świadczyć tylko o jednym, ale pomimo to bałem się spojrzeć na ekran i wolałem usłyszeć eksplozję radości:P. Jest! Udało się! Zobaczyłem to na własne oczy. Podszedłem do bandy, która wyznaczała granicę stanowiska i zrobiliśmy jednego, wielkiego 5 osobowego “niedźwiedzia”:))). Dziewczyna miała jeszcze do uzupełniania jakieś 10 pól, co w przybliżeniu zajęłoby jej ok. 30 sek. Dobrze się spisałem, nie ma co:). Pewnie ta dziewczyna wiedziała, że dzień wcześniej był dzień chłopaka i to był je prezent dla mnie;))). Momentalnie po ogłoszeniu wyników 3 rundy, rozpoczęła się następna. Miałem takie wypieki na twarzy, jak podczas sprawianu z matematyki w czasach liceum:). Głowę miałem do tego tak gorącą, że można by na niej jajka ścinać:). Wszystkich zajmujących stanowiska w czasie trwania finału zawsze odprowadzały na miejsca gromkie brawa znajdujących się w pobliżu fanow sudoku:))). 4 runda – level 3, niebieskie krzesełko, przeciwnik – Soraja. Usłyszałem słowa Fernando – “take it easy” – i chyba za bardzo wziąłem je sobie do serca, bo przez pierwszych 5 minut udało mi się wstawić tylko 3 cyfry://. Zaciąłem się i nie mogłem znaleźć żadnej drogi, która pomogłaby mi ruszyć do przodu, ech… No i tak po 15 minutach od startu zakończył się mój udział w finale, ponieważ Soraja rozwiała wszelkie moje nadzieje na finał finału:). Oczywiście ona w nim wygrała, więc powtórzę to co napisałem trochę wcześniej – przegrać z najlepszą osobą na placu boju nie przynosi żadnej ujmy:). Poza tym ja jestem zadowolony. Z marszu przystępując do tego turnieju udało mi się poznać fajnych ludzi, zabić nudę, poćwiczyć umysł, zdobyć materiał do opisywania:P i wygrać pen drive’a
)). Dodatkowo dowiedziałem się jeszcze, że pierwsza ósemka tego finału, ma zapewniony start w finale w Lizbonie, który będzie 5 listopada. Nieźle:)). Pamiątkowe zdjęcia, wręczanie nagrod, sesja zdjęciowa dla organizatora i ostatnie kilka słów zamienionych z przyjaciółmi. Fernando się śmiał, że Polacy będą zawiedzeni, że ich jedyny reprezentant nie zgarnął 1 miejsca:))). Fakt, byłem jedynym “estrangeiro” wśród tej świetanki intelektualnej Portugalii:)).
Do domu wróciłem o 20, zmęczony, głodny i śpiący. Porozmawiałem z Beatą i Robertem o tym, jak im minął dzień. Opowiedziałem im o turnieju, ponieważ zapytali:). Potem zacząłem czytać świetną książkę, którą polecił mi brat – “Perfekcyjna niedoskonałość” Jacka Dukaja. Fantastyczna!:). Szybko jednak dopadło mnie zmęczenie i jak się położyłem przed 24 to wstałem o…
(Poniedziałek 2.10) …13:00. Odespałem wreszcie te wszystkie stresy ostatnich dni:)). Musiałem się szybko ubrać i coś zjeść, ponieważ ten tydzień mieliśmy razem z innymi erasmusami poświęcić na załatwianie spraw związanych z przedmiotami – rozmowy z wykladowcami na temat zaliczenia – to był główny cel:). Przed 14 mieliśmy zaatakować pana od Strategic Management, co też zrobiliśmy, ale poprosił, żebyśmy przyszli o 16:45 to wtedy będzie nam mógł poświęcić więcej czasu. W sumie to tym lepiej dla nas. Na 15 byliśmy umówieni też z doktor Elsą, bo prosiła o pojawienie się w jej gabinecie. Agnieszka wypełniała formularz, co my z Beatą już wcześniej uczyniliśmy. Ja dostałem dodatkowo login i hasło (wreszcie!) do własnego konta. W tym czasie Beata z Robertem kupowali bilety na imprezę wtorkową. Czas do umówionej godziny spędziłem w internecie, gdzie dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy oraz udzieliłem kilku porad z zakresu ekonomii hattricka:)). Rozmowa z panem Jose Milheiro przebiegła bardzo dobrze. Warunki zostały jasno nakreślone – 2 prezentacje, każda z nich o innej firmie (polskiej na przykład), na koniec semestru, bez chodzenia na zajęcia, a w razie problemów możemy się kontaktować z panem. Bardzo fajnie. Zatem jeden przedmiot z głowy:). Następnie pojechaliśmy do Norte Shopping na zakupy i rekonesans w sprawie kina i dowiedziałem się, że bilety dla nas kosztuja 3,5 euro, co jest ceną zbliżoną, a nawet poniekąd tańszą niż ta w Polsce:). Wróciliśmy koło 21, wszyscy głodni, więc po kilku minutach w kuchni każdy zaczął szykować swoją potrawę. Ja zabrałem się na robienie omletów, bo nawet kupiłem w tym celu zielony groszek:). Nie udały się one tak jak w Polsce niestety, ponieważ jakimś dziwnym sposobem zaczęły się łamać:/. Będę musiał zbadać ten problem dokładniej:). Kiedy juz każdy się posilił dostaliśmy zaproszenie do Agnieszki na jedno z trzech win, które kupiła:). Beata z Robertem się wykpili rzekomą chorobą, ale ja poszedłem, gdzieś około 22. Czerwone wino dobrze robi na serce chyba, prawda?:). No to jestem zdrowszy o trochę więcej niż pół butelki i boagatszy o wiele cennych informacji:). Spotkanie towarzyskie zakończyło się po północy, a jak przyszedłem do domu to Beata z Robertem leżeli w łóżku i dywagowali na jakieś niestworzone tematy do (jak się okazało następnego dnia) 4 w nocy. Szkok:). Tylko im pozazdrościć, że mają o czym rozmawiać:). Ja udałem się samotnie na spoczynek do mojej pustelni, mego sanktuarium:).
(Wtorek 3.10) We wtorek zamiast poleżeć trochę dłużej w związku ze zbliżającą się impezą to wstałem i spisałem historie z weekendu, bo już głowę miałem wielkości piłki lekarskiej przez te wszystkie dane, które zebrały się, a z których nie można było uronić żadnego bitu informacji:)). W sumie to i tak trzeba było złapać kolejnego wykładowcę, więc nie było większego sensu byczyć się do jakichś późnych godzin:). Tym razem na tapecie był pan od Management Information Systems i wszystko poszło pięknie, sprawnie i bez problemów. Zajęć 0, prezentacja w Power Poincie trochę ponad 20 slajdów, można robić w grupach. Cóż więcej trzeba chcieć?:))). Umówiliśmy się z nim na dłuższą pogawędkę na następny dzień, na godzinę 16:30, po jego zajęciach. To się akurat dobrze ułożyło, bo Daniela zaprosiła nas do siebie do gabinetu na 15:30, też w środę w celu przywitania się z dwoma Hiszpanami, którzy przyjeżdżają z San Diego.
Następnie udałem się na komputery pozałatwiać trochę spraw bieżących – odpowiedzieć na maile, których się już całkiem sporo zebrało i oczywiście napisać kilka nowych. Udałem się więc do sali komputerowej, w której mogłem wykorzystać zdobyte dzień wcześniej login i hasło. Wszedłem do tej sali i się załamałem – Meksyk! Połowa komputerów nie działa, myszki nie reagują, a te które są sprawne to są w danej chwili okupowane
. Na szczęście są 4 takie sale, więc jest szansa, że chociaż jedno miejsce się znajdzie dla potrzebującego:). No i się udało. Napisałem do wydawcy karty Euro
Trochę mi na tym internecie zeszło, jak zawsze, gdy się do niego dobiorę:)))). Później w domku zrobiłem sobie obiadek i dowiedziałem się od Beaty i Roberta, że mamy zaproszenie od Radka i Mateusza do ich mieszkania na “beforek”. No, ale to tak ok. godziny 23. Wcześniej miała do nas przyjśc Agnieszka z kolejnym winem ze swojej bogatej kolekcji, ale się nie pojawiła:). Okazało się, że zaspała i udało jej się zdążyć tylko, żeby się z nami zabrać samochodem. Pojechaliśmy własnym środkiem lokomocji z kilku przyczyn. Po pierwsze – nie znaliśmy dokładnej lokalizacji klubu Via Rapida, ponieważ mieliśmy tylko jakieś odręcznie wykonane przez Celeste rysunki:)). Po drugie – impreza zaczynała się o 1 w nocy, Beata z Robertem trochę przeziębieni chcieli w razie potrzeby znaleźć się szybko w swoich łóżkach, a raczej powinienem był napisać – w swoim łóżku:)). Po trzecie – tak na razie było bezpieczniej;). No więc pojechaliśmy, a ja zgodnie z tradycją robiłem za pilota. Trasa została opracowana i wystarczyło podążać za moim głosem;). Trochę wskazówek dali nam Mateusza z Radkiem, ponieważ ich ulicy nie było na żadnej z posiadanych przez nas map. Wiedzieliśmy tylko, że jadąc autostradą musimy skręcić w lewo na ślimaku. Tylko jakimś magicznym sposobem w ogóle nie zauważyliśmy tego ślimaka i przejechaliśmy jeszcze spory kawałek zanim udało nam się odbić w dobrym kierunku:). Po przygodach, kluczeniu i posiłkując się nawigacją Mateusza przez telefon udało nam się wreszcie znaleźć osiedle, ale miejsca do parkowania niestety nie:P. Stanęliśmy w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu, które na szczęście nie było oddalone zbytnio od bloku chłopaków.
Mieszkanie mają bardzo, bardzo fajne – duże i tanie. Zostalo im przekazane niejako w spadku po osobach, które w tamtym roku były tutaj z naszego uniwersytetu na wymianie. Ma jeden minus – jest daleko od centrum i uniwersytetu, ale ma też plusy – blisko jest ocean i stadion Boavisty:P. Dodatkowo mają 2 rowery, zostawione przez poprzedników, którym nie chciało się ich brać. Kupili je za 35 euro na jakiejś wyprzedaży i te rowery mają jakieś ustarki – na pewno jeden ma coś z pedałem, a drugi nie pamiętam. Zazdroszczę im tych rowerów:))). Jak nie będą korzystać to może sobie od nich pożyczę!!:). Chłopcy, jak na prawdziwych gospodarzy przystało, zaproponowali coś do picia, więc nie można im było odmówić , gdy oferowali piwo-oranżade:). Poopowiadali nam, jak się im żyje, co porabiają, jakie mieli przygody z dotarciem do Porto (a mieli spore, szczególnie Radek), no i tak minęło kilka butelek piwa i butelka wina, więc nadszedł najwyższy czas, żeby się zbierać;). Do klubu trafiliśmy przed 2 i to co zobaczyłem po prostu mnie zamurowało. Dj zapuszcza świetną muzykę, a wszyscy stoją, śmieją się, rozmwiają i piją. Dżizas:|. I tak przez całą imprezę niemalże. Tylko jakaś grupa śmiałków postanowiła wyłamać się z przyjętej konwencji i zaczęła tańczyć na barze, który wydawał się właśnie do takich celów być stworzony:). Zostali oczywiście uwiecznieni na zdjęciach:). 2 darmowe Super Bock’i (które nawet w 5% nie przypominały tych oryginalnych – za to nieziemsko chciało się po nich pić – cokolwiek, good tactic, though:)) nie zostały przez wszystkich wykorzystane, więc Mateusz i Radek, którzy zostali po naszym wyjściu po 4, mieli z czego korzystać. W środę jak się spotkaliśmy okazało się, że wcale nie mieli najmniejszego zamiaru tego nie robić:)))). Bawić się zatem bawiliśmy całkiem dobrze, ale mało nas było i atmosfera drętwa, więc kolejne 2 dni takich samych imprez nie miały najmniejszych szans, aby znaleźć się u mnie w terminarzu:))). Do domu wróciliśmy przed 5 i tak zakończył się wtorek, 3 października roku pańskiego 2006;)
(Środa 4.10) Bezstresowe spanie w środę doprowadziło do pobudki ok godziny 13:30, co w cale do żadnych rekordów nie należy. Brakowało mi tylko Pepsi Twist’a i kebab, które w takich momentach są najlepszymi przyjaciółmi człowieka o czym z Bogusiem przekonaliśmy się niejednokrotnie, right Bro?:)). Szybki przysznic, śniadanko i ucieczka na wydział, gdzie mieliśmy spotkanie (o 15) z panem inżynierem uczącym Industrial Management. Przed wyznaczoną godziną opuściłem salę komputerową i udałem się do stosownej sali i zobaczyłem, że drzwi są zamknięte, a po ich otworzeniu zobaczyłem mężczyznę siedzącego za komputerem i wyświetlającego slajdy. Hmmm… Czyżbym się spoźnił? Przecież była 14:55, dziwne. Do mojego mózgu dotarła informacja, że zajęcia zaczęły się wcześniej i jak Beata przyszła o 15 to jej powiedziałem, że się spóźniliśmy i zastanawialiśmy się czy to ładnie przerywać w zajęciach czy nie. Rzuciliśmy więc kostką, no i wyszło, że nie jest to zbyt dobrze widziane. Zaatakowaliśmy jakichś studentów z pytaniem czy jest przerwa w zajęciach jakaś – nie ma:/. Po 2 minutach rozmowy okazało się, że oni właśnie idą na zajęcia do tego naszego inżyniera, no i oczywiście sala była pusta:PPP. Wrrrr:PPP. Ten człowiek strasznie dużo gadał i miałem wrażenie, że nie chce nas puścić wcale:). Zajęcia wydają się całkiem ciekawe, więc jest duże prawdopodobieństwo, że znajdzie się w naszym repertuarze:). Gdy wychodziliśmy z sali podbiegl do nas jakiś chłopak i zapytał czy jesteśmy z Polski, z Warszawy i jak mu powiedzieliśmy, że tak to strasznie się ucieszył, bo on tam jedzie na stypendium w semestrze letnim. Przesympatyczny jest i zaoferowaliśmu mu swoją pomoc w poniedziałek po zajęciach:).
O 15:30 byliśmy już u Danieli i otrzymaliśmy materiały na piątkowe zajęcia z Business Ethics – 2 dylematy. Przyszli owi Hiszpanie, którzy rzekomo mieli przyjechać dziś, już ich znam, bo to są ci sami, którzy mieli mieszkać z Agnieszką w mieszkaniu, a w końcu się rozmyślili i mieszkają teraz gdzieś 2 minuty od uniwerku. Najbardziej z tego faktu jest niepocieszona Agnieszka, której szansa na dokończenie zaczętej w Berlinie nauki hiszpańskiego uciekła sama sprzed nosa:P. Jacyś mało komunikatywni byli – zrzucamy to na słabszą trochę znajomośc angielskiego, ale ja nawet jak nie znam języka to chociaż się ładnie uśmiecham albo cokolwiek się staram zrobić. Ale to ja – nie mierzę innych swoją miarką, a przynajmniej się staram:P. Dobiegała już godzina 16, kiedy przypomnieliśmy sobie, że nie zdążymy się spotkać z naszym komputerowcem, bo najpóźniej o 16:15 musimy wyjechać, żeby być na 17 w szkole, gdzie mamy darmowy kurs portugalskiego!!:))). Poszliśmy więc pod jego salę z nadzieją, że skończy wcześniej albo nas zauważy i mu powiemy, jak sprawy stoją. Nic z tego. Na szczęście dla nas Mateusz i Radek mieli do niego jakąś sprawę, więc przeprosili go w naszym imieniu, a my bez wyrzutów sumienia pojechaliśmy szukać naszej szkoły. Muszę w tym miejscu wspomnieć, że Mateusz już jest po intensywnym kursie portugalskiego w Universidade de Letras i Radek też chodził trochę. Teraz zapisali się tam na semestr płatnej nauki – 200 euro za 5 miesięcy, 3 h tygodniowo. My na razie znajdujemy alternatywne rozwiązania, dzięki pani w ambasadzie polskiej w Lizbonie, która była tak uprzejma i wysłała kursy płatne i darmowe w Porto i Lizbonie:)))).
Dotarliśmy do szkolnej świetlicy idealnie o 17:). Pani okazała się sympatyczną 54-letnią Portugalką, która jest pomysłodawczynią tego projektu, który jest wspierany przez władze szkoły. Przez ponad 15 lat uczyła Portugalskiego (5 lat w Nottingham, 5 lat w Szanghaju i 5 lat nie wiem gdzie:))). Introduction było w języku angielskim, wypełnienie formularza, a potem już wszystko, tylko i wyłącznie po portugalsku. Czad!:). Dobrze, że znałem wcześniej kilka słówek to mniej więcej rozumiałem o czym ona mówi, ale po minach niektórych mogłem wywnioskować, że zastanawiają się nad tym czy przypadkiem nie pomylili poziomów. A trzeba dodać, że jest to poziom początkujący, bo wyższe są rano:)). Teraz trochę o grupie, która liczy sobie około 16 osób. Wśród nich znajduje się 6 osób z Polski, 5 z Ukrainy, 2 z Rosji, 1 z Rumunii, 1 z Chin i 1 z Anglii. Niektórzy już posługują się językiem portugalskim i to na całkiem niezłym poziomie. Na szczęście każdy uczy się dla siebie w bezstresowej atmosferze. Książki kosztują 36 euro, a kurs trwa cały rok. Zaczęliśmy od najbardziej podstawowych zwrotów i pytań dotyczących imion, narodowości, powitań i pożegnań. Na tym minęło nam 1,5 h:))). Do domu dotarliśmy, przedzierając się przez ogromne korki, po godzinie 20. Jakieś wieczorne pogadanki, kończenie książki i jakieś inne mało znaczące czynności wypełniły czas, aż do pójścia spać:).
(Czwartek 5.10) Czwartek, 5 października – Public Holiday w Portugalii o czym dowiedzieliśmy się tydzień wcześniej, ponieważ w ten właśnie dzień wypadają jedne z zajęć Business Ethics. Zatem ów dzień zapowiadał się dość leniwie, szczególnie dla tych, którzy nic sobie nie przyszykowali:). Do wyboru miałem kilka opcji, ale każda była równocenna dla mnie:)). Wracając poprzedniego dnia z kursu, Agnieszka rzuciła propozycję wspólnego wyjścia na miasto, aby pozwiedzać to i owo. Skwitowano ją powszechnym, kulturalnym dziękuję i nikt więcej się nad tym tematem nie rozwodził. Gdy jednak wybiła godzina 12 i Beata z Robertem ogłosili, że wybierają się na przejażdżkę stwierdziłem, że może to zwiedzanie nie byłoby do końca najgorszym pomysłem, w szczególności biorąc pod uwagę fakt, że wreszcie mógłbym się znaleźć na jakimś zdjęciu:))). Napisałem więc smsa do Agnieszki z propozycją wyruszenia o 14. Odpisała, że 13:15 jej pasuje, bo o 14 to będzie późno, a na niebie już się pojawiają chmury. Ech… widać, że tydzień dopiero tutaj jest, a poza tym 45 minut to naprawdę nie jest wielka różnica;))). Coś się stało z moim zegarkiem i pokazywał czas o godzinę wcześniej niż zegar w komputerze. A że jak dotąd czas w telefonie był dobrze ustawiony, dlatego wytłumaczyłem sobie to w ten sposób, że moi wspólokatorzy zapomnięli zmienić czas z polskiego na portugalski:). Niczego nieświadomy siedziałem i patrzyłem jak upływają minuty i gdy komputer pokazał 13:45 trochę sie zreflektowałem i postanowiłem iść już, bo a nóż widelec mój zegarek wskazywał złą godzinę. A jak! Nie dość tego, na dodatek jeszcze złą datę wyświetlał!:)). Wszystko pewnie przez to ciągłe zmienianie kart:]. Dostałem rozgrzeszenie i z czystym sumieniem mogłem wyruszyć na zwiedzanie piesze zwiedzanie miasta:).
Jako pierwszy punkt na naszej bogatej liście znalazł się Estadio de Dragao, czyli stadion FC Porto. Przepiękny obiekt – robimy już powoli przymiarki do tego, żeby wybrać się na mecz ligi mistrzów z Arsenalem, który ma być 6 grudnia, czyli w sam raz prezent na “mikołajki”:))). Dodatkowo bodajże 13 grudnia odbywają się wielkie derby Porto, kiedy Boavista zmierzy się z FC Porto:))). Jeśli wierzyć dobrze poinformowanym źródłom to ulgowy bilet na mecz ligowy kosztuje 5 euro a na ligę mistrzów – 15 euro. I teraz tak – albo to jest jakaś pomyłka, albo są to miejsca, z których nic nie widać:)))). W przystadionowym sklepiku było strasznie dużo ubrań klubowych i obuwia, oraz szalików, czyli akcesoriów bez których żaden prawdziwy kibic się nie obejdzie. Ceny wahały się w granicach 8-10 euro. Ta informacja przeznaczona jest w szczególności dla Macieja K.;). Po stadionie (nie zwiedzonym do końca niestety) przyszła pora na dalszą wyprawę, aż za wielką wodę, czyli rzekę oddzielającą Porto i miasto nazywające się Vila Nova Gaia:). Do mostu dotarliśmy idąc malowniczymi uliczkami, które dzięki wspaniałej architekturze domów wyglądają, jak z jakiejś 18-wiecznej powieści:)). Po drugiej stronie czekała na nas niespodzianka w postaci ulicy Polaków – Rua dos Polacos, co oczywiście zostało uwiecznione na zdjęciu:). Okrążając znajdujący się niedaleko teren wojskowy trafiliśmy na mały, śliczny park na wzgórzu, który jest chyba najbardziej popularnym miejscem dla zakochanych:))). Zachowując się, jak rasowy paparazzi udało mi się niepostrzeżenie uwiecznić jedną parę:]]]]. Pierwotnie Agnieszka planowała dojść do oceanu po południowej stronie rzeki, ale skutecznie odwiodłem ją od tego zamiaru, ponieważ nie była biedaczka świadoma, że w życiu nie zdążylibyśmy dojść tam i wrócić;). Tak więc plany uległy delikatnym zmianom i obraliśmy kierunek na dwuprzęsłowy most Ponte de Dom Lios I, ale nie poszliśmy górą, lecz dołem. Ten most jest tak sprytnie zrobiony, że u góry jeździ metro (co nie wyklucza w żadnym wypadku pieszego spaceru) i sięga on wyższych partii Porto. Na dole natomiast jeżdżą samochody i chodzą ludzie, którzy zwiedzają tereny okalające rzekę. Zanim dotarliśmy do mostu Luis’a I po drodze mieliśmy małą sesję zdjęciową, której owoce można podziwiać w galerii. Paru niezależnych obserwatorów stwierdziło, że jest co oglądać i wcale nie chodziło im o mnie (joke). Potem już zostały tylko malownicze uliczki Porto i piękny dworzec, który akurat nie dopuszczał za dużo światła do środka, dlatego wszelkie zdjęcia z niego nie są najwyższej jakości. Dotarliśmy do domu około 20:30, robiąc 10 minut przed zamknięciem (zamykają o 20) szybkie zakupy najpotrzebniejszych rzeczy.
W domu czekała na mnie tylko Masza, która zawsze się cieszy na mój widok i za to dostała tysiące buziaków i ja od niej też:))). Robert z Beatą okupowali łącza internetowe na uniwersytecie i dopiero jak wrócili udało nam się podzielić wzajemnie przeżyciami mijającego dnia:)). Natępnie przeczytałem dylematy na piątkowe zajęcia i po tej ciekawej czynności zmęczenie dało o sobie znać, zapraszając do wygodnego łóżeczka na kojący seeeennnnnnn…
(Piątek 6.10) Pierwszy dzień szkoły, więc trzeba było wstać skoro świt:)). No to akurat 9 idealnie się do tego nadała:PPP. Śniadanie iście królewskie – tosty z jajkiem i serem – jak tak dalej pójdzie to będę bogiem tego posiłku, a gdy już go dopracuję do perfekcji to na stałe wejdzie do menu każdego lokalu:))). O 10 dobry wujek Robert podwiózł nas na uniwersytet i razem z Betty udaliśmy się do Pauli Coihano, ponieważ jest jedną z osób oferujących studentom z wymiany dobre warunki zaliczenia. No, bardzo dobre – napisać pracę na 50 stron z zakresu Economic Integration wcale trudno nie jest:)). Ale to jest ilość w sam raz na pracę licencjacką, więc mnie nie interesuje. Co innego, gdyby należało napisać około 100 stron. No, wtedy to bym pewnie spróbował:PP.
O 11:30 zaczęły się zajęcia z Business Ethics z Danielą. Na szczęście o 12:30 miała jakieś spotkanie więc zwiastowało to niechybnie bardzo luźną godzinę;). 2 dylematy – “There is no thing as a free drink” oraz “When good results are bad results”. W pierwszym chodziło o to, że nasz kolega jest kelnerem w barze studenckim, a że pracodawca go źle traktuje to postanowił zemścić się w ten sposób, że 4 kupione przez nas piwa liczy jako jedno. Pytanie – czy to jest etyczne i dyskusja w języku angielskim. Drugi dylemat dotyczył sytuacji wykrycia przez uniwersyteckie laboratorium 2 szkodliwych substancji w mrożonej żywności, które powodują alergie u ludzi. Problem jednak w tym, że komórka badawcza sponsorowana jest przez korporację będącą głównym dostawcą mrożonej żywności, a dodatkowo szef zawsze chwali szefa (ktorym jesteśmy my) za utrzymywania dobrych kontaktów ze sponsorem. Co w takim razie zrobić? Fajna sprawa to Business Ethics:)). Szkoda tylko, że nie wszyscy studenci mówią tam po angielsku, bo bez wątpienia dyskusja bylaby żywsza i bardziej ciekawa:). Na następnych zajęciach będzie McDonald’s case:))).
Na obiad poraz pierwszy zjadłem rybę i nawet umiem już sam smażyć. Jupi!:). Był to ostrobok, bardzo smaczny i z charakterystycznym szwem na boku.
Pod wieczór wybrałem się na spotkanie z panem uczącym Market Analysis, ale niestety nie pojawił się, więc cale bite 3 godziny spędziłem na dodawaniu zdjęć do galerii, pisaniu maili, wydawaniu poleceń w hattricku i pewnie jeszcze jakichś bardzo ważnych czynnościach:). Całą drogę powrotną do domu szedłem napakowany dumą, bo strasznie mi się podobało to, co zrobiłem z galerią. Mam nadzieję, że nie będę ostamotniony w tym odczuciu:P. W domu już więcej wieczorem nic ciekawego nie robiłem.
(Sobota 7.10) W sobotę słodkie leniuchowanie nie miało prawa bytu, jako że w moim stosunkowo (jeszcze) mlodym umyśle zakorzenione jest, że sobota=sprzątanie. Dzięki Mamo, dzięki Tato:))). Dzięki temu nadarzyła się okazja, żeby zadać kłam powszechnie obowiązującej opinii, że jestem obibokiem, nierobem i leniem, szczególnie, że istnieje dość duża szansa, że tak właśnie jest;). Najwięcej “zabawy” jest z sierścią Maszy, której nazbierało się tyle, że można by dwa dywany utkać:). Zaopatrzeni w odkurzacz, którego dobre czasy sięgaja pewnie czasów, gdy leżał szczelnie zapakowany w pudełku na półce w sklepie;). Worek był oczywiście już pełny, i nie było dodatkowych, więc Robert zyskał sobie miano naszego bohatera poświęcając się i opróżniając pełny worek:]]]. W sumie niewiele to pomogło, ale przynajmniej nie mieliśmy później wyrzutów, że nie sprawdziliśmy wszystkich możliwych dróg usprawnienia naszego odkurzacza. Chyba lepiej byłoby po prostu zamieść wszystkie pokoje;). Następnie zostało wszystko wyczyszczone na mokro, a Masza szczelnie zamknięta, żeby nie zniweczyla od razu naszej pracy:). Przyszła też Carla z mężem robić porządek w garażu i Beata zapytała ich wedle przetłumaczonego dzień
